czwartek, 16 kwietnia 2015

Poród w Holandii

Chyba każda kobieta będąc w ciąży a nawet przed nią, zastanawia się jak będzie wyglądał poród. 
Ja byłam zawsze ciekawa jak to będzie i zawsze byłam też ciekawa wrażeń koleżanek które były już po takich przeżyciach. Wiadomo że każdy jest inny, każdy inaczej reaguje i odczuwa ból. A też zdarzają się różne nieprzewidziane sytuację. Będąc w ciąży to właśnie najbardziej przerażało, a przede wszystkim czy uda mi się rozpoznać kiedy się zacznie. Wiele razy też bałam się żeby poród nie odbył się przedwcześnie, ale kiedy kolejne tygodnie mijały nie mogłam się już doczekać. Rodzić zaczęłam w nocy dokładnie w 40tym tygodniu ciąży + 2 dni.  

Plan porodu


Jak już wspomniałam we wcześniejszym poście, tutaj należy omówić z położną plan porodu. Zresztą zakładam że w Polsce jest podobnie. Ale ja zupełnie nie miałam pojęcia co mam zaplanować. Wydawało mi się to nawet głupie, bo skąd ja mogę wiedzieć w jakiej pozycji będę chciała rodzić, co będzię dla mnie wygodne a co nie. Dużo kobiet decyduje się na poród w wodzie, ale ja nie wiedziałam nawet czy to naprawdę pomaga, czy jest wygodne itd. Jednej rzeczy byłam pewna od samego początku, że chcę rodzić w szpitalu. W Holandii wiele kobiet, głównie holenderek decyduje się na poród w domu. Uważają oni że w domu jest najlepiej, szybciej się dochodzi do siebie itd. Położna wtedy przyjeżdża do domu, dopiero jeżeli sytuacja tego wymaga, pojawiają sie komplikacje, wtedy jedzie się do szpitala lub wzywa karetkę. No ale umówmy się, jeżeli coś idzie nie tak to zanim się dotrze do szpitala dziecko może już tego nie doczekać. Dlatego też w Holandii wiele dzieci umiera podczas porodu, mimo tego holenderki dalej decyduja się na porody w domu. Dla mnie to jest zupełna abstrakcja i osobiście nie widzę pozytywnych aspektów takiego porodu. 
Podczas już pierwszej wizyty u położnej mówiłam że chcę rodzić w szpitalu. Wtedy też położna spojrzała na mnie podejrzliwie jakbym wymyśliła poród na Marsie i musiałam się tłumaczyć dlaczego. Na szczęście mój argument że to jest pierwsza ciąża i będę się czuła bezpieczniej w szpitalu, przekonał położną. Wkońcu poczucie bezpieczeństwa rodzącej jest najważniejsze :) Poza tą jedną ''fanaberią'' nie wiedziałam zupełnie co mam planować. Dostałam formularz w którym były pytania i mogły mnie one trochę naprowadzić ale ja nie miałam zupełnie pojęcia co tam wypełnić.
Między innymi pytania dotyczyły, pozycji porodu, czy chce się na łóżku, czy piłce, czy w wodzie. Oraz również czy chcę się dostać znieczulenie. Tu też nie miałam pojęcia co będzie najlepsze i zaznaczyłam że chcę takie znieczulenie. Można było też zaznaczyć czy partner chce przeciąć pępowinę.  Ostatecznie plan porodu nawet nie ujrzał światła podczas porodu i wszystko było bardziej spontaniczne i intyicyjne. 

Po czym poznałam poród?


To pytanie chyba jest najbardziej interesujące dla ciężarnych. Sama szukałam informacji na ten temat, żeby się nie pomylić i nie przegapić tych oznak :) Oczywiście każdy poród jest inny, każde oznaki porodu są inne. Czasem pierwsze odchodzą wody, a czasami zaczyna się od skurczy. W ostatnim tygodniu ciąży bałam się iść sama do sklepu, bo gdyby przypadkiem się zaczęło w sklepie to zanim dotarłabym do domu to mogłoby już być za późno ( tak mi się wydawało ). Właściwie niewiele się pomyliłam. Ponoć jak się zacznie to wtedy to poprostu wiemy. O godzinie 2giej w nocy obudziłam się do toalety, jak zresztą co noc przez ostatnie tygodnie. Wieczór wcześniej jeszcze nie spodziewałam się że to już, chociaż byłam już po terminie i czułam się jak na tykającej bombie. Położyłam się też spać dość późno, bo zajmowałam się robieniem kartek. Kiedy obudziłam się w nocy już czułam że coś sie dzieje, ale nie bolał mnie brzuch tylko najpierw jakby powoli zaczęły sączyć się wody. Myślałam że poprostu zbyt szybko mój pęcherz dał o sobie znać. Jednak udało mi się dotrzeć do toalety i wtedy już wiedziałam że to nie mocz a coś zupełnie innego. Wtedy wiedziałam, ze ocho zaczęło się. Nie mogłam też jakby zapanować nad wypływem tych wód. Co wiadomo że przy sikaniu można trochę to kontrolować. Szybko też udało mi się złapać miskę i zebrać trochę tych wód płodowych. Bo tak kazały mi położne, żeby w razie czego one też widziały jakiego koloru i konsystencji są wody. Moje wody były przezroczyste więc wszystko było w porządku. O dziwo nie czułam jeszcze skurczy. Odczekałam aż wody odejdą i położyłam się do łóżka. Jeszcze nie budząc swojego chłopaka. Mniej wiecej po poł godzinie pojawiły się bardzo lekkie skurcze, coś jak podczas okresu. Po chwili postanowiłam że nie ma co czekać i czas obudzić chłopaka. Zerwał się na równe nogi, ubrał w dosłownie sekunde i był gotowych od razu na wszystko. A ja wiedziałam że będzie to trochę trwało. Zanim go obudziłam przeczytałam jeszcze kiedy dzwonić do położnej. Miałam taką informację, a tam pisało że jak wody odejdą to jeszcze nie, chyba że pojawią się skurcze a też jak pojawią się skurcze to z odstępami mniej wiecej co 5 min. U mnie takie skurcze pojawiły się jakoś po 1,5 godzinie, chociaż nie potrafiłam określić czy są regularne, bo były raz co 5 a raz co 10 minut. Kazałam chłopakowi zapisywać na kartce - musiał się bidak czymś zająć. Mniej wiecej po 3ciej w nocy zadzwoniłam do położnej żeby też była gotowa, że się zaczęło. Była nieco zaspała i średnio kontaktowała, ale wytłumaczyłam jej co i jak, na co stwierdziła że jeszcze jest dużo czasu i żeby zadzwonić później jak skurczę będą częstsze. 
Aha, warto też wspomnieć że jakiś tydzień, może wiecej, przed porodem oderwał mi się czop śluzowy. Nieco mnie to przeraziło, jak go zobaczyłam.Później też poszukałam informacji na ten temat i się już uspokoiłam, może się to zdarzyć jakiś czas przed porodem lub zaraz przed.


Przebieg porodu i sam poród.


Do godziny 6tej rano byliśmy jeszcze w domu. Skurcze zrobiły się coraz częstsze, ale tez bardziej bolesne. Chyba najbardziej dokuczało to że pojawiały się co chwilę, bo sam ból był do wytrzymania.W pewnym momencie miałam już dosyć i myślałam tylko o tym kiedy będziemy w szpitalu i mi dadzą znieczulenie. W między czasie wzięłam prysznic, to bardzo pomogło złagodzić bóle. No i niestety cały czas się ze mnie dosłownie lało, wody sączyły się cały czas, poza tym musiałam iść do tolatety co jakiś czas bo mnie tak czyściło. W momencie kiedy zwymiotowałam, mój chłopak się chyba przestraszył bo sam zadzwonił już do położnej. Zapisywał też kiedy są te skurcze, napoczątku mu  mówiłam, później już sam widział kiedy się pojawiają. Ja już w sumie średnio wtedy byłam w stanie tłumaczyć położnej i myśleć co kiedy zrobić. Położna zdecydowała żebyśmy od razu pojechali do szpitala. A wcześniej było mówione że najpierw przyjedzie do domu a dopiero potem ona decyduje czy już czas. Wydaje mi się, że głównie przez wczesną pore nie chciało się jej już do nas przyjeżdżać tylko od razu spotkaliśmy się w szpitalu. Ja do szpitala mam dość blisko, ale nie byłam w stanie dojść i pojechaliśmy autem. Nie było dla mnie łatwe przemieszczanie się, co chwile skurcze i do tego te sączące się wody.Przed wyjściem z domu zdążyłam jeszcze zadzwonić do mamy że się zaczęło. Napisałam jej wcześniej smsa, ale z telefonem chciałam poczekać bo wiedziałam że będzie wcześnie wstawać to chciałam żeby sobie pospała. Ale mama jak to mama, też oczekiwała kiedy się zacznie i mój sms ją obudził tak, że już nie zasnęła tylko się martwiła jak ja sobie radze.
Kiedy spotkaliśmy położną w szpitalu, była wielce zdziwiona że skurcze mam rzeczywiście tak często. Co przecież jej mówiłam że tak jest. Udało się ją spotkać tuż przy wejściu co też później pomogło, że od razu zaprowadziła nas do pokoju i nie trzebabyło jej szukać na oddziale. Sprawdziła też jakie mam rozwarcie i się okazało że już jest na 6 cm. Wysłała mnie pod prysznic, żeby złagodzić bóle. Ja miałam już wszystkiego dosyć, te skurcze mnie wykańczały. Poprosiłam o znieczulenie. Ale położna zaczęła mi mówić że nie potrzebuję, że widzi że jestem silna i sobie poradze, a znieczulenie spowolni całą akcję i będę też dłużej dochodzić do siebie. Jak byłam pod prysznicem pojawiały się jakieś osoby ze szpitala załatwiać administracyjne sprawy. Nawet nie wiem dokładnie, ale wiem że chłopak podawał im mój dowód i kartę ubezpieczeniową. Zgodziłam się także na obecność studenki podczas porodu, z czego później się naprawdę cieszyłam. Pojawiła się też pielegniarka z Kramzorg, która później była z nami przez pierwszy tydzień. Właściwie tyle było osób, czyli 3 plus mój chłopak. Przez cały poród nie pojawił się żaden lekarz.Nie byłam też podłączona do żadnego KTG, czy innych maszyn. Położna tylko sprawdzała tętno dziecka tym samym urzadzeniem co podczas wizyt. Ja później już zupełnie nie myślałam i nie miałam nawet siły podejmować decyzji o znieczuleniu, poprostu chciałam żeby to się szybko skończyło. Pamiętam że mnie jeszcze pytali czy chce znieczulenie ale właściwie ja nic nie odpowiedziałam. Byłam bardzo skupiona na tych skurczach, na oddechu. Który był najważniejszy, a ja jakoś źle oddychałam i położna mi pokazywała jak mam oddychać. Niwelowało to trochę ból ze skurczy, ale też zapominałam jak powinnam robić to prawidłowo. Po godzinie spędzonej pod prysznicem, ubrałam się w koszulę i leżałam na łóżku. Tutaj nie ma takich łóżek z podpórkami pod nogi, dlatego też cieszyłam się później ze studenki która podtrzymywała mi nogi. Ja nie byłam w stanie. Po czasie te wspomnienia się zacierają, ale pamiętam jak było mi niewygodnie w każdej pozycji na łóżku. Kazali mi zmieniać boki, ale mnie to bolało. W pewnym momencie położna powiedziała że już zaczyna się akcja porodowa, bo rozwarcie jest już na 10 cm. Ja właściwie tego wogóle nie czułam, ale  zaczęłam odczuwać nie tylko same skurcze ale bardziej nacisk i że należy teraz przeć. To jakoś wspominam najgorzej, wtedy chyba też mnie porozywało. Tak, tutaj nie wykonuje się nacięcia podczas porodu. Ten ból był straszny, bo najgorsze było to że mnie bolało, a wiedziałam że nie mogę przerwać. Tylko organizm sam się poddawał, jak czułam ten bół rozrywający to poprostu przestawałam. Słyszałam tylko że dobrze mi idzie, ze jest wszystko wporządku ale ja nie mogłam się doczekać końca tych skurczy. Wkońcu położna stwierdziła że mogę spróbować na takim jakby stołeczku - kibelku i grawitacja mi pomoże. Rzeczywiście było to jak zbawienie. Ból jakby był mniejszy, parcie było już łagodniejsze. I po kilku chwilach dosłownie wyskoczyło ze mnie dzieciątko. Od razu maleńswto, jeszcze z pępowiną wytarli i założyli czapeczkę i mi podali na ręce. Pierwsza moja myśl była, dlaczego ona nie płacze. Bo widziałam że jak wyszła, to była w takim jakby szoku i dopiero po chwili złapała oddech. Następnie poczułam ogromną ulgę że już koniec skurczy. Łożysko nawet nie wiem kiedy urodziłam. Patrzyłam już na tą małą istotkę i uświadomiłam sobie jakie to jest niesamowite że takie maleństwo urodziłam. Od razu poczułam że muszę się tym maleństwem zaopiekować. Nie powiedziałabym że od razu pojawiła się bezgraniczna miłość. Całe te przeżycia porodowe, zmęczenie było silniejsze. Na filmach pokazują że dziecko tuż po porodzie jak trafi na pierś mamy to się uspokaja. A moje darło się w niebogłosy. Pępowinę wkońcu przecięła położna a ja po chwili położyłam się na łóżko i przez jakiś czas (może 40 minut) trzymałam dziecko na rękach owiniętę w szpitalny ręcznik. Chwile też trzymał tata, po czym sprawdzili czy wszystko w porządku z maleństewem.  Kiedy ją zważyli i usłyszałam że waży 4275 grama zrobiło mi się nieco słabo. Widziałam że jest duża i długa ale nie wiedziałam właściwie jak wygląda takie małe dziecko. Sprawdzili też kolor skóry, czy ma wszystkie paluszki, czy bioderka dobrze, motoryke całą i ją ubrali. Po godzinie od porodu dopiero położna zaczęła mnie zszywać. Trwało to bardzo długo i to zszywanie wspominam jako bardzo nieprzyjemne. Pomimo że dostałam miejscowe znieczulenie ale i tak czułam kiedy wbijano mi igłe. Dla rozproszenia uwagi mogłam trzymać dzieciątko na rękach, ale i tak ono bardzo płakało. Miałam wrażenie że płacze za mnie, za to zszywanie. U mnie pierwsze łzy pojawiły się kiedy zadzwoniłam do mamy i powiedziałam że już po. A jak usłyszałam że mama płacze to i ja się rozkleiłam.  Poród skończył się o godzinie 10:10 rano. Czyli w sumie rodziłam 8 godzin. Niby nie jest to dużo i położna mówiła mi że był to szybki poród. Mniej wiecej koło 12tej położna się pożegnała a my zostaliśmy z pielęgniarką z Kramzorg. Ona też kazała mi coś zjeść, przygotowała jakieś owoce, nawet nie wiem skąd i jak. Mój chłopak przygotował sobie kanapki, dla mnie również. Ale facet to facet, ja tu rodze a on wcinał sobie kanapki. Kiedy pomagał mi oddychać myślałam że go zabije jak czułam zapach chleba. A najlepsze, że mnie pytał czy ja też chce, pomimo że ja ledwo cokolwiek kojarzyłam. Między skurczami odpoczywałam, czytałam trochę też o hipnozie podczas porodu. Nie wiem czy można to nazwać hipnozą ale kiedy tylko miałam chwilę przerwy to przysypiałam. A mój chłopak mnie budził!! Na szczęście położne mu powiedziały żeby tego nie robił, bo ja zbieram siły na kolejne skurcze wtedy. Ja nad tym za wiele nie kontrolowałam czy nie myślałam poprostu intuicja mi tak podpowiadała że tak należy zrobić. 


Sala porodowa w szpitalu, na zdjęciu pielęgniarka z Kramzorg ubierająca maleństwo

Po tym jak zjadłam śniadanie, poszłam wziąć prysznic. Krwawiłam jak wstałam z łóżka, nawet tuż po szyciu  czułam że coś ciepłego i ciekłego ze mnie wypływa. Okazało się że to krew. Ale nie patrzyłam na dół co się dzieje. Pod prysznic ledwo doszłam, a tam bałam się że zemdleje. Bo naprawdę zrobiło mi się bardzo słabo. Ale miałam wrażenie że nikogo to nie obchodzi. Pielęgniarka mnie obserwowała czy rzeczywiście nie zemdleje.Kazali mi też koniecznie zrobić siku zanim wyjdę do domu. Bo już o godzinie 14tej, kiedy byłam umyta, przebrana, wychodziliśmy do domu. Tutaj w szpitalu się nie zostaje, chyba że były jakieś komplikacje. U mnie takich nie stwierdzili, chociaż uważam że powinni sprawdzić mój stan po porodzie i naprawdę ja czułabym się dużo lepiej gdybym mogła zostać tam jeszcze chwile. Nie chciało mi się iść do domu. A mój chłopak też, leń, nie chciał pójść do domu po fotelik, który zapomnieliśmy wziąć ze sobą więc wymyślił że mnie zawiezie na takim wózku szpitalnym do domu. Taki wózek coś jak koszyk w sklepie jest na 2 euro, który się później oddaje. Byłam też wściekła że nie chciał nas zawieźć normalnie autem, pomimo że to jest niecałe 5 minut na piechote do domu i mógł szybko obrócić, bo nie wziełam żadnego grubego kocyka czy kurteczki.Które były przygotowane w wózku. Więc moje maleństwo musiałam owinąć we wszelkie bety jakie ze sobą zabrałam. Nie byłam w stanie myśleć jasno, nie miałam siły się kłócić. Pielegniarka tylko dziwnie popatrzyła na mojego chłopaka co on wymyślił ale też go nie przekonała. Był listopad, ale na szczęście tego dnia słoneczko świeciło dość mocno i było jeszcze ciepło, tak że maleństwu się nic nie stało.

Podsumowanie


Moje ogólne odczucia na temat porodu w Holandii są takie, że nie wiem czy chciałabym rodzić tutaj jeszcze raz. Cieszę się że nie było żadnych komplikacji i poród odbył się szybko. Mam jednak wrażenie że gdyby coś było nie tak byłoby ciężko. Tutaj cięć cesarkich prawie wogóle nie wykonują, chyba że w ostateczności. Także nie wyobrażam sobie co by było gdyby dziecko się nagle przekręciło tuż przed porodem ( jak zrobiłam to ja podczas kiedy mama rodziła ). Nie podobało mi się też to że właściwie zignorowano moja prośbę o znieczulenie. Wprawdzie ja się tego znieczulenia nie domagałam później, bo chciałam aby skończyć jak najszybciej poród. Jednak gdybym wcześniej trafiła do szpitala wolałabym jednak dostać znieczulenie. Tu też nie podobało mi się to że tak późno byłam w szpitalu. Także to, że nie nacięto mi krocza, a pozwolono żeby mnie porozrywało w każdym kierunku też nie było za fajne. Bardzo długo po porodzie do siebie dochodziłam. A po tygodniu nabawiłam się infekcji pęcherza moczowego, co nie wykluczam że było to przyczyną tego że cewka moczowa musiała być też zszywana. Podczas porodu wyskoczyły mi hemoroidy o których mi nikt nie powiedział, a ja ból jaki odczuwałam po porodzie uważałam za normalny. Okazało się że to właśnie hemoroidy i kiedy bardzo mnie bolały, nie mogłam nawet dostać żadnej maści bo odkryłam to w niedziele kiedy wszystkie apteki były pozamykane.A chłopakowi nie chciało się szukać czy gdzieś jest jakas otwarta żeby cokolwiek dostać. Także męczyłam się bardzo. Tydzień po porodzie położna dopiero przyznała że straciłam wiecej niż normalnie krwi podczas porodu i przez to czuję się taka osłabiona. Tydzień po porodzie wybrałam się do sklepu, oczywiście autem, ale nie byłam w stanie długo chodzić bo po dosłownie 10 minutach musiałam już wyjść bo myślałam że się przewróce. Chyba dopiero po 2ch tygodniach byłam w stanie iść na dłuższy spacer. Na moją prośbę wykonano mi badania krwi i okazało się że mam niedobór żelaza. Tylko że jakoś już olali mnie jak powinnam ten niedobór zredukować. Po 4ch miesiącach od porodu nadal miałam niedobór, pomimo że łykałam suplementy i tu też już lekarz mi nie wytłumaczył jak powinnam to zmienić. Do tej pory walcze z tym niedoborem. 

Jako plus mogę powiedzieć że sala porodowa w szpitalu jest naprawdę super. Jest to sala jedoosobowa, z łazienka i toaleta. W szpitalu znajdują się też wszelkie potrzebne rzeczy jak ręczniki, gazy, waty, majtki poporodowe, podpaski, nawet pieluchy dla maleńswta. Do tej pory nie doczekałam się rachunku za poród w szpitalu a ponoć taki powinnam dostać. Z racji tego że nie było u mnie przeciwskazań do porodu w domu.

Pomimo że minęło juz 5 miesięcy od mojego porodu, wspomnienia jak widać się nie zatarły. Na poród patrzę teraz jako niesamowite przeżycie. Chyba ostatecznie cieszę się że mogłam doświadczyć go bez znieczulenia. Właściwie cały poród czekałam, aż pojawi się ból nie do wytrzymania, o którym tyle się pisze i słyszy. Czekałam i się nie doczekałam. Tak, bolały mnie skurcze a bardziej to że się powtarzały, ból rozrywający był trudny ale też jakoś go przetrwałam. A samo wyjście dziecka co wydawało mi się że będzie bolało, było chyba najprzyjemniejszym uczuciem z całej akcji porodowej. Wiedziałam że jestem dość odporna na ból, nie powiem że było łatwo bo momentami byłam wściekła że nie wziełam tego znieczulenia. Ale teraz wiem że mogę wszystko :) Też po samym porodzie miałam taki przypływ adrenaliny że nie byłam wcale zmęczona, pomimo nie przespanej nocy. Nie czułam nawet głodu, byłam tak podekscytowana że się udało, że dzieciątko jest ze mną że nie mogłam spać. Chciałam od razu wszystkim dać znać że urodziłam, porozmawiać. Tej samej nocy nawet opisałam swój poród swoim koleżankom, bo wcale zasnąć nie mogłam. Pilnowałam dziecka czy śpi dobrze. Oczywiście całym porodem najbardziej zmęczony był chłopak :/



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz