Witam w Wingusiowym świecie
wtorek, 1 listopada 2016
Powrót po długiej przerwie
Jak to w życiu bywa czas leci jak szalony i ani się człowiek obejrzy minęło już sporo czasu. Tyle było tematów które chciałam podjąć i ostatecznie zaprzestałam pisania. Poniekąd wynikało to z braku czasu, ale też mnóstwa innych rzeczy. Wydarzyła się przeprowadzka do nowego miejsca, a ja pozostałam bez pracy. Za to udało mi się dokończyć i obronić doktorat. A dodatkowo pojawiła się kolejna istota w moim życiu. Czytając teraz starsze wpisy prawie z łezką w oku wracałam do wspomnień. Bardzo chciałabym żeby udało mi się na nowo kontynuować pisanie bloga. Zobaczymy czy uda mi się takie życzenie spełnić. Może szału nie ma jeżeli chodzi o czytalność bloga, ale widzę że czasem ktoś zagląda.Postaram się dodać więcej wpisów szczególnie mamowych, bo teraz już czuje się mamą taką na 100 %, ale wiem też jak wiele jeszcze przede mną.
środa, 13 maja 2015
Kramzorg czyli opieka po porodzie
Nie mogłabym pominąć dość ważnych informacji na temat opieki poprodowej w Holandii. Jak już wcześniej wspominałam przy opisie porodu, tutaj po porodzie ze szpitala wychodzi się tego samego dnia. Dlatego potrzebny jest ktoś, kto zajmie się kobietą i niemowlakiem.W Holandii taka opieka poporodowa nazywa się Kramzorg.
Kramzorg załatwia się jeszcze będąc w ciąży, ja w mniej wiecej 28mym tygodniu ciąży to załatwiałam. U położnej można dostać ulotki informujące o dostępnych ośrodkach Kramzorg. Ja zdecydowałam się na jeden który wydał mi się ciekawy, czyli Het Groene Huis. Zadzwoniłam do nich, powiedziałam kiedy jest spodziewany termin porodu i umówiłam się na pierwszą wizytę (ok. 2 miesiące przed porodem). Dostałam od nich również potwierdzenie listowne. Na pierwszą wizytę przyszła jedna z osób tam pracujących i mniej wiecej około godziny omawiała co należy mieć ze sobą, dostaliśmy cała listę potrzebnych rzeczy. Omówione zostały też godziny, ile czasu będzie przebywać pielęgniarka, jak długo i co należy do jej obowiązków. Oczywiście można było zadawać pytania.
Ważne jest też to że wymogami jakie trzeba spełnić, poza posiadaniem pakietu, są takie specjalne podstawki pod łóżko. Bo łóżko powinno być na wysokości takiej, że pielęgniarka nie powinna się nachylać podczas opieki. Podobnie jest w przypadku porodu w domu, również należy zaopatrzyć się w takie pachołki.
Kiedy zaczęłam rodzić i byłam w szpitalu, położna sama zadzwoniła do nich. Miałam ich wizytówkę i byłam poinformowana o tym, że jak zacznie się poród to wtedy zadzwonić do Kramzorg. Pielęgniarka przyszła mniej wiecej po godzinie od wykonanego telefonu i była obecna podczas porodu. Między innymi pomagała położnej, jak trzeba było coś podać, czy sprzątnąć. Później też ona ubierała dziecko i została z nami aż opuściłam szpital, po czym przyjechała za nami do domu po jakiejś chwili. W domu tego dnia została z nami dość późno, objaśniła jak zająć się dzieckiem. Zapoznała się co jest w domu, a nawet trochę przygotowała coś na kolację. Ona też pokazywała jak powinnam karmić. Wysyłała mnie do łóżka żebym odpoczywała.
Przez następnie cały tydzień przychodziła o 8mej rano i wychodziła ok. 16tej. Bardzo ciekawiło mnie co ona będzie u nas tyle czasu robić i jak to będzie wyglądać. Też zgodziłam się na studentkę, która uczyła się do zawodu. Każda wizyta wyglądała tak samo, robiła mi śniadanie. Jak tylko dziecko się obudziło, oglądała je, sprawdzała temperaturę, oraz kolor skóry - przystawiając do okna i ważyła. Później również mi sprawdzała temperaturę oraz puls ( patrząc na zegarek i przykładając mi palce do nadgarstka) i przez pierwsze dni oglądała czy rany poporodowe goją mi się prawidłowo. Głównym jej zadaniem było też pilnowanie i uczenie mnie jak powinnam karmić dziecko, doradzała, choć ostatecznie wyszło, że wezwałam na konsultacje laktatorkę. Miała także taki dziennik, w którym zapisywała karmienie, jaką dziecko ma temperaturę,wagę czy godziny karmienia. Również moje parametry zapisywała. Pytała jak się czuje, jak sobie radze w nowej sytuacji i na każde pytania starała się odpowiedzieć. Poza tym przygotowywała mi jakieś posiłki, czy owoce, podawała wodę pilnując żebym piła dużo. Oczywiście nie miałam co liczyć na ciepły obiad, bo tutaj jada się obiadokolację. Ale robiła mi kanapki czy jak poprosiłam o owoc to zawsze dostałam np. banana obranego już i pokrojonego, tak samo z jabłkiem. Nastawiała również pranie, składała później ubrania. Nie tylko dziecka ale również i nasze. Odkurzała podłogę, czy wyczyściła łazienkę i toaletę. Raz nawet mój chłopak baaardzo zmęczony porodem i tacierzyństwem wysłał kobietę do sklepu po zakupy. Co nie do końca powinno mieć miejsca, ale kobieta się zgodziła. Zresztą i tak, kiedy ja odsypiałam czy dziecko za wiele pracy w domu nie było. Kobieta nie sprzątała jakoś bardzo dokładnie czy żeby również sprzątać i porządkować nasze rzeczy. Bardziej zajmowała się podstawowymi czynnościami. Z praniem śmiesznie było, bo raz zdarzyło się że wyprała mi czysty ręcznik dwa razy. Ja mam osobny ręcznik do włosów i po praniu zawsze wieszam sobie w łazience, a że głowe myłam co 3 dni to nie zdążyłam jeszcze go użyć a ręcznik był wyprany ponownie.
Nie dała się kobieta wkręcić w mycie naczyń. Bo po kolacji jak wiadomo mieliśmy jakieś naczynia, ale chłopakowi nie chciało się ich myć, bo przecież rano przyjdzie pielęgniarka i może to zrobić. Ale jak po 2ch dniach ''odkryła'' zmywarkę to później już sama ją nastawiała.
Generalnie może i jest to fajne że przychodziła ta pielęgniarka i miała na oku jak dochodzimy do siebie po porodzie. Ale taka usługa nie jest bezpłatna, po jej tygodniowej wizycie , gdzie każda godzina była zaznaczona, musiałam zapłacić 260 euro. Co nie jest mała kwotą, a że moje ubezpieczenie nie pokrywało tego, musiałam zapłacic z własnej kieszeni. Dlatego wolałabym chyba zostać w szpitalu te kilka dni. Nie czułam się zbyt komfortowo gdy obca kobieta sprzątała mi w domu, a przede wszystkim było mi bardzo głupio prosić ją o cokolwiek. Pierwsze dni po porodzie ledwo chodziłam, ale chodziłam bo jednak te emocje i maleństwo, nie mogłam poprostu leżeć w łóżku. Po tygodniu kiedy już pielęgniarki nie było, przyjechali moi rodzice. No i jednak rodzice to rodzice, a szczególnie mama. Od razu też czułam się psychicznie lepiej, miałam z kim porozmawiać po swojemu. Nie musiałam mamie tłumaczyć co chce zjeść, mama sama poprostu przygotowywała coś do jedzenia. A po porodzie jakoś nie miałam głowy na tłumaczenie obcej osobie jakie mam nawyki żywieniowe, co lubie a co nie. Więc kończyło się na kanapce z serem. Czy tak samo jak z choćby z płatkami śniadaniowymi, jak poprosiłam to dostałam. Ale nie chciało mi się kobiecie tłumaczyć jakie lubię proporcje.
No i muszę powiedzieć że pielęgniarka była bardzo sympatyczna i cierpliwa. Mimo wszystko były pewne rzeczy które mi się nie do końca podobały co ona wymyślała. Np. ja miałam przygotowany taki rożek-kołderkę dla dziecka, no i czytałam i słyszałam od znajomych, że tak należy takiego noworodka ciasno owijać. Ona powiedziała że ta kołderka jest jakaś dziwna, że dziecko może się udusić. Więc ostatecznie dziecko w łożeczku przykrywaliśmy 3 kocykami polarowymi. Które wogóle nie były do tego przeznaczone. Od samego początku też dziecko spało wcale nie ściśnietę ciasno. Naprawdę nie rozumiałam tego. Nie miałam siły się kłócić. Czy tak samo, jak dzieciątku przez pierwszy tydzień musieliśmy zakładać czapeczkę. A że się okazało że główka była dość duża to mi zostały tylko dwie czapeczki, gdzie jedna miała sznureczki żeby zawiązać pod szyją, to kazała mi te sznureczki obciąć - bo dziecko może sobie zrobić krzywdę. Z racji tego że były problemy z karmieniem, to mówiła żeby nie dawać dziecku smoczka. Nawet nie wspomniała o tym jak pozbyć się ciemieniuchy, a ja zastanawiałam się dlaczego dziecko ma ciągle taką łuszczącą skórę. Nie wiedziałam do końca o co chodzi, dopiero mama mi wytłumaczyła i oczywiście znalazłam informacje w internecie. Pierwsza kąpiel po porodzie odbyła się dopiero na trzecią dobę po porodzie. Ale zaraz po porodzie dziecko zostało wytarte, ponoć nie powinno się tak od razu noworotka myć z racji tego, że jest to taka bariera ochronna dla dziecka. Nie pamiętam już dokładniejszych powodów. Również nie było mowy o żadnej pielęgnacki pępuszka dziecka. Poprostu pępek odpadł i się niczym go nie smarowało. Podobnie też od pielęgniarki nic nie słyszałam jak obciąć dziecku paznokcie. A ja poprostu się bałam, bo były takie maleńkie i cienkie. Dopiero moja mama jak przyjechała, bez żadnego strachu obcieła małej paznokcie.
Najgorszym w całej sytuacji było dla mnie też to, że mój chłopak cokolwiek co powiedziała pielęgniarka uważał za święte. A ja nie miałam nigdy racji ( według niego ), dopiero jak potwierdziła coś pielęgniarka.
I jak się później okazało mogliśmy dziecko w rożek zawijać, a nawet potem, jak się okazało że dziecko krótko śpi zarówno w dzień jak i w nocy to lekarka po 2ch miesiącach dopiero nam pokazywała jak zawijać dziecko. Nie wiem czy było to przyczyną tej bezsenności, czy coś innego ale takie zabiegi, kiedy dziecko już nauczyło się spać z rączkami i nóżkami wolno, wcale nie pomagały. Doprowadzały tylko do płaczu i irytacji maleństwa.
Na koniec napiszę co wchodzi w skład pakietu Kramzorg. Tutaj takie gotowe pakiety można dostać np. w Etos lub Kruidvacie. Ale kosztują one około 40 euro. Ja spisałam sobie z takiej paczki co będzie mi potrzebne i kupiłam wszystko w Polsce, gdzie za całość zapłaciłam jakieś 70-80 zł. Z czego oczywiście nie wszystko było aż tak pilnie potrzebne.
1.Podkłady higieniczne. Miałam dwa opakowania podkładów o różnych rozmiarach i jedną taka większą folie. Przydały się jeszcze przed porodem, w razie gdyby odeszły mi wody w łóżku, tak aby nie przemoczyć materaca.W zasadzie dobrze że to miałam ale za wiele się nie przydały. Później używałam żeby podłożyć dziecku na materac.
2. Majtki poporodowe. Takie specjalne z siateczki. Ja dostałam też jedną parę w szpitalu i ostatecznie używałam tylko 2ch par. Szybko można je przepłukać i są wygodne, bo nas nic nie uciska.
3. Wata. Z waty korzystało się głównie do przemywania termometru.
4. 2 termometry - jeden jest dla dziecka a drugi dla mamy.
5. Spirytus 60 %. Nie do końca wiedziałam do czego się to przyda, ale ostatecznie okazało się że przemywaliśmy termometry po każdym użyciu.
6. Gazy wyjałowione. Takie przydały się tylko raz, kiedy ściągano mi szwy.
7. Podpaski poporodowe 2 szt. Przez pierwszy tydzień bardzo się przydawały, za każdym razem po dwie używałam, także dość dużo ich poszło. Później, jak mi się skończyły korzystałam z takich dużych podpasek bez skrzydełek z Belli, a jak te się skończyly, po około 2ch tygodniach już zwykłych podpasek. Także dobrze mieć ich trochę.
8. Pieluszki tetrowe, które głównie służyły po kąpieli do wycierania dziecka.
9. Zaczepka na pępek. No i tu miałam największy problem, z racji tego że w Polsce tego nie można dostać nigdzie, nawet w aptece. A tutaj są one właśnie w tych pakietach w sklepach, ale nie będę kupować całego pakietu dla jednej zaczepki. Dlatego przy wizycie u położnej zapytałam, gdzie mogę takie coś kupić i okazało się że nigdzie. Ale dostałam od położnej za free taką zaczepkę. Która później i tak nie była mi potrzebna, bo jak rodziłam w szpitalu to już tam mieli coś takiego. Zaczepka była potrzebna gdybym przypadkiem urodziła w domu.
To takie potrzebne minimum, czasami na listach jest więcej rzeczy, ale wymieniłam tutaj te najważniejsze.
czwartek, 16 kwietnia 2015
Poród w Holandii
Chyba każda kobieta będąc w ciąży a nawet przed nią, zastanawia się jak będzie wyglądał poród.
Ja byłam zawsze ciekawa jak to będzie i zawsze byłam też ciekawa wrażeń koleżanek które były już po takich przeżyciach. Wiadomo że każdy jest inny, każdy inaczej reaguje i odczuwa ból. A też zdarzają się różne nieprzewidziane sytuację. Będąc w ciąży to właśnie najbardziej przerażało, a przede wszystkim czy uda mi się rozpoznać kiedy się zacznie. Wiele razy też bałam się żeby poród nie odbył się przedwcześnie, ale kiedy kolejne tygodnie mijały nie mogłam się już doczekać. Rodzić zaczęłam w nocy dokładnie w 40tym tygodniu ciąży + 2 dni.
Plan porodu
Jak już wspomniałam we wcześniejszym poście, tutaj należy omówić z położną plan porodu. Zresztą zakładam że w Polsce jest podobnie. Ale ja zupełnie nie miałam pojęcia co mam zaplanować. Wydawało mi się to nawet głupie, bo skąd ja mogę wiedzieć w jakiej pozycji będę chciała rodzić, co będzię dla mnie wygodne a co nie. Dużo kobiet decyduje się na poród w wodzie, ale ja nie wiedziałam nawet czy to naprawdę pomaga, czy jest wygodne itd. Jednej rzeczy byłam pewna od samego początku, że chcę rodzić w szpitalu. W Holandii wiele kobiet, głównie holenderek decyduje się na poród w domu. Uważają oni że w domu jest najlepiej, szybciej się dochodzi do siebie itd. Położna wtedy przyjeżdża do domu, dopiero jeżeli sytuacja tego wymaga, pojawiają sie komplikacje, wtedy jedzie się do szpitala lub wzywa karetkę. No ale umówmy się, jeżeli coś idzie nie tak to zanim się dotrze do szpitala dziecko może już tego nie doczekać. Dlatego też w Holandii wiele dzieci umiera podczas porodu, mimo tego holenderki dalej decyduja się na porody w domu. Dla mnie to jest zupełna abstrakcja i osobiście nie widzę pozytywnych aspektów takiego porodu.
Podczas już pierwszej wizyty u położnej mówiłam że chcę rodzić w szpitalu. Wtedy też położna spojrzała na mnie podejrzliwie jakbym wymyśliła poród na Marsie i musiałam się tłumaczyć dlaczego. Na szczęście mój argument że to jest pierwsza ciąża i będę się czuła bezpieczniej w szpitalu, przekonał położną. Wkońcu poczucie bezpieczeństwa rodzącej jest najważniejsze :) Poza tą jedną ''fanaberią'' nie wiedziałam zupełnie co mam planować. Dostałam formularz w którym były pytania i mogły mnie one trochę naprowadzić ale ja nie miałam zupełnie pojęcia co tam wypełnić.
Między innymi pytania dotyczyły, pozycji porodu, czy chce się na łóżku, czy piłce, czy w wodzie. Oraz również czy chcę się dostać znieczulenie. Tu też nie miałam pojęcia co będzie najlepsze i zaznaczyłam że chcę takie znieczulenie. Można było też zaznaczyć czy partner chce przeciąć pępowinę. Ostatecznie plan porodu nawet nie ujrzał światła podczas porodu i wszystko było bardziej spontaniczne i intyicyjne.
Po czym poznałam poród?
To pytanie chyba jest najbardziej interesujące dla ciężarnych. Sama szukałam informacji na ten temat, żeby się nie pomylić i nie przegapić tych oznak :) Oczywiście każdy poród jest inny, każde oznaki porodu są inne. Czasem pierwsze odchodzą wody, a czasami zaczyna się od skurczy. W ostatnim tygodniu ciąży bałam się iść sama do sklepu, bo gdyby przypadkiem się zaczęło w sklepie to zanim dotarłabym do domu to mogłoby już być za późno ( tak mi się wydawało ). Właściwie niewiele się pomyliłam. Ponoć jak się zacznie to wtedy to poprostu wiemy. O godzinie 2giej w nocy obudziłam się do toalety, jak zresztą co noc przez ostatnie tygodnie. Wieczór wcześniej jeszcze nie spodziewałam się że to już, chociaż byłam już po terminie i czułam się jak na tykającej bombie. Położyłam się też spać dość późno, bo zajmowałam się robieniem kartek. Kiedy obudziłam się w nocy już czułam że coś sie dzieje, ale nie bolał mnie brzuch tylko najpierw jakby powoli zaczęły sączyć się wody. Myślałam że poprostu zbyt szybko mój pęcherz dał o sobie znać. Jednak udało mi się dotrzeć do toalety i wtedy już wiedziałam że to nie mocz a coś zupełnie innego. Wtedy wiedziałam, ze ocho zaczęło się. Nie mogłam też jakby zapanować nad wypływem tych wód. Co wiadomo że przy sikaniu można trochę to kontrolować. Szybko też udało mi się złapać miskę i zebrać trochę tych wód płodowych. Bo tak kazały mi położne, żeby w razie czego one też widziały jakiego koloru i konsystencji są wody. Moje wody były przezroczyste więc wszystko było w porządku. O dziwo nie czułam jeszcze skurczy. Odczekałam aż wody odejdą i położyłam się do łóżka. Jeszcze nie budząc swojego chłopaka. Mniej wiecej po poł godzinie pojawiły się bardzo lekkie skurcze, coś jak podczas okresu. Po chwili postanowiłam że nie ma co czekać i czas obudzić chłopaka. Zerwał się na równe nogi, ubrał w dosłownie sekunde i był gotowych od razu na wszystko. A ja wiedziałam że będzie to trochę trwało. Zanim go obudziłam przeczytałam jeszcze kiedy dzwonić do położnej. Miałam taką informację, a tam pisało że jak wody odejdą to jeszcze nie, chyba że pojawią się skurcze a też jak pojawią się skurcze to z odstępami mniej wiecej co 5 min. U mnie takie skurcze pojawiły się jakoś po 1,5 godzinie, chociaż nie potrafiłam określić czy są regularne, bo były raz co 5 a raz co 10 minut. Kazałam chłopakowi zapisywać na kartce - musiał się bidak czymś zająć. Mniej wiecej po 3ciej w nocy zadzwoniłam do położnej żeby też była gotowa, że się zaczęło. Była nieco zaspała i średnio kontaktowała, ale wytłumaczyłam jej co i jak, na co stwierdziła że jeszcze jest dużo czasu i żeby zadzwonić później jak skurczę będą częstsze.
Aha, warto też wspomnieć że jakiś tydzień, może wiecej, przed porodem oderwał mi się czop śluzowy. Nieco mnie to przeraziło, jak go zobaczyłam.Później też poszukałam informacji na ten temat i się już uspokoiłam, może się to zdarzyć jakiś czas przed porodem lub zaraz przed.
Przebieg porodu i sam poród.
Do godziny 6tej rano byliśmy jeszcze w domu. Skurcze zrobiły się coraz częstsze, ale tez bardziej bolesne. Chyba najbardziej dokuczało to że pojawiały się co chwilę, bo sam ból był do wytrzymania.W pewnym momencie miałam już dosyć i myślałam tylko o tym kiedy będziemy w szpitalu i mi dadzą znieczulenie. W między czasie wzięłam prysznic, to bardzo pomogło złagodzić bóle. No i niestety cały czas się ze mnie dosłownie lało, wody sączyły się cały czas, poza tym musiałam iść do tolatety co jakiś czas bo mnie tak czyściło. W momencie kiedy zwymiotowałam, mój chłopak się chyba przestraszył bo sam zadzwonił już do położnej. Zapisywał też kiedy są te skurcze, napoczątku mu mówiłam, później już sam widział kiedy się pojawiają. Ja już w sumie średnio wtedy byłam w stanie tłumaczyć położnej i myśleć co kiedy zrobić. Położna zdecydowała żebyśmy od razu pojechali do szpitala. A wcześniej było mówione że najpierw przyjedzie do domu a dopiero potem ona decyduje czy już czas. Wydaje mi się, że głównie przez wczesną pore nie chciało się jej już do nas przyjeżdżać tylko od razu spotkaliśmy się w szpitalu. Ja do szpitala mam dość blisko, ale nie byłam w stanie dojść i pojechaliśmy autem. Nie było dla mnie łatwe przemieszczanie się, co chwile skurcze i do tego te sączące się wody.Przed wyjściem z domu zdążyłam jeszcze zadzwonić do mamy że się zaczęło. Napisałam jej wcześniej smsa, ale z telefonem chciałam poczekać bo wiedziałam że będzie wcześnie wstawać to chciałam żeby sobie pospała. Ale mama jak to mama, też oczekiwała kiedy się zacznie i mój sms ją obudził tak, że już nie zasnęła tylko się martwiła jak ja sobie radze.
Kiedy spotkaliśmy położną w szpitalu, była wielce zdziwiona że skurcze mam rzeczywiście tak często. Co przecież jej mówiłam że tak jest. Udało się ją spotkać tuż przy wejściu co też później pomogło, że od razu zaprowadziła nas do pokoju i nie trzebabyło jej szukać na oddziale. Sprawdziła też jakie mam rozwarcie i się okazało że już jest na 6 cm. Wysłała mnie pod prysznic, żeby złagodzić bóle. Ja miałam już wszystkiego dosyć, te skurcze mnie wykańczały. Poprosiłam o znieczulenie. Ale położna zaczęła mi mówić że nie potrzebuję, że widzi że jestem silna i sobie poradze, a znieczulenie spowolni całą akcję i będę też dłużej dochodzić do siebie. Jak byłam pod prysznicem pojawiały się jakieś osoby ze szpitala załatwiać administracyjne sprawy. Nawet nie wiem dokładnie, ale wiem że chłopak podawał im mój dowód i kartę ubezpieczeniową. Zgodziłam się także na obecność studenki podczas porodu, z czego później się naprawdę cieszyłam. Pojawiła się też pielegniarka z Kramzorg, która później była z nami przez pierwszy tydzień. Właściwie tyle było osób, czyli 3 plus mój chłopak. Przez cały poród nie pojawił się żaden lekarz.Nie byłam też podłączona do żadnego KTG, czy innych maszyn. Położna tylko sprawdzała tętno dziecka tym samym urzadzeniem co podczas wizyt. Ja później już zupełnie nie myślałam i nie miałam nawet siły podejmować decyzji o znieczuleniu, poprostu chciałam żeby to się szybko skończyło. Pamiętam że mnie jeszcze pytali czy chce znieczulenie ale właściwie ja nic nie odpowiedziałam. Byłam bardzo skupiona na tych skurczach, na oddechu. Który był najważniejszy, a ja jakoś źle oddychałam i położna mi pokazywała jak mam oddychać. Niwelowało to trochę ból ze skurczy, ale też zapominałam jak powinnam robić to prawidłowo. Po godzinie spędzonej pod prysznicem, ubrałam się w koszulę i leżałam na łóżku. Tutaj nie ma takich łóżek z podpórkami pod nogi, dlatego też cieszyłam się później ze studenki która podtrzymywała mi nogi. Ja nie byłam w stanie. Po czasie te wspomnienia się zacierają, ale pamiętam jak było mi niewygodnie w każdej pozycji na łóżku. Kazali mi zmieniać boki, ale mnie to bolało. W pewnym momencie położna powiedziała że już zaczyna się akcja porodowa, bo rozwarcie jest już na 10 cm. Ja właściwie tego wogóle nie czułam, ale zaczęłam odczuwać nie tylko same skurcze ale bardziej nacisk i że należy teraz przeć. To jakoś wspominam najgorzej, wtedy chyba też mnie porozywało. Tak, tutaj nie wykonuje się nacięcia podczas porodu. Ten ból był straszny, bo najgorsze było to że mnie bolało, a wiedziałam że nie mogę przerwać. Tylko organizm sam się poddawał, jak czułam ten bół rozrywający to poprostu przestawałam. Słyszałam tylko że dobrze mi idzie, ze jest wszystko wporządku ale ja nie mogłam się doczekać końca tych skurczy. Wkońcu położna stwierdziła że mogę spróbować na takim jakby stołeczku - kibelku i grawitacja mi pomoże. Rzeczywiście było to jak zbawienie. Ból jakby był mniejszy, parcie było już łagodniejsze. I po kilku chwilach dosłownie wyskoczyło ze mnie dzieciątko. Od razu maleńswto, jeszcze z pępowiną wytarli i założyli czapeczkę i mi podali na ręce. Pierwsza moja myśl była, dlaczego ona nie płacze. Bo widziałam że jak wyszła, to była w takim jakby szoku i dopiero po chwili złapała oddech. Następnie poczułam ogromną ulgę że już koniec skurczy. Łożysko nawet nie wiem kiedy urodziłam. Patrzyłam już na tą małą istotkę i uświadomiłam sobie jakie to jest niesamowite że takie maleństwo urodziłam. Od razu poczułam że muszę się tym maleństwem zaopiekować. Nie powiedziałabym że od razu pojawiła się bezgraniczna miłość. Całe te przeżycia porodowe, zmęczenie było silniejsze. Na filmach pokazują że dziecko tuż po porodzie jak trafi na pierś mamy to się uspokaja. A moje darło się w niebogłosy. Pępowinę wkońcu przecięła położna a ja po chwili położyłam się na łóżko i przez jakiś czas (może 40 minut) trzymałam dziecko na rękach owiniętę w szpitalny ręcznik. Chwile też trzymał tata, po czym sprawdzili czy wszystko w porządku z maleństewem. Kiedy ją zważyli i usłyszałam że waży 4275 grama zrobiło mi się nieco słabo. Widziałam że jest duża i długa ale nie wiedziałam właściwie jak wygląda takie małe dziecko. Sprawdzili też kolor skóry, czy ma wszystkie paluszki, czy bioderka dobrze, motoryke całą i ją ubrali. Po godzinie od porodu dopiero położna zaczęła mnie zszywać. Trwało to bardzo długo i to zszywanie wspominam jako bardzo nieprzyjemne. Pomimo że dostałam miejscowe znieczulenie ale i tak czułam kiedy wbijano mi igłe. Dla rozproszenia uwagi mogłam trzymać dzieciątko na rękach, ale i tak ono bardzo płakało. Miałam wrażenie że płacze za mnie, za to zszywanie. U mnie pierwsze łzy pojawiły się kiedy zadzwoniłam do mamy i powiedziałam że już po. A jak usłyszałam że mama płacze to i ja się rozkleiłam. Poród skończył się o godzinie 10:10 rano. Czyli w sumie rodziłam 8 godzin. Niby nie jest to dużo i położna mówiła mi że był to szybki poród. Mniej wiecej koło 12tej położna się pożegnała a my zostaliśmy z pielęgniarką z Kramzorg. Ona też kazała mi coś zjeść, przygotowała jakieś owoce, nawet nie wiem skąd i jak. Mój chłopak przygotował sobie kanapki, dla mnie również. Ale facet to facet, ja tu rodze a on wcinał sobie kanapki. Kiedy pomagał mi oddychać myślałam że go zabije jak czułam zapach chleba. A najlepsze, że mnie pytał czy ja też chce, pomimo że ja ledwo cokolwiek kojarzyłam. Między skurczami odpoczywałam, czytałam trochę też o hipnozie podczas porodu. Nie wiem czy można to nazwać hipnozą ale kiedy tylko miałam chwilę przerwy to przysypiałam. A mój chłopak mnie budził!! Na szczęście położne mu powiedziały żeby tego nie robił, bo ja zbieram siły na kolejne skurcze wtedy. Ja nad tym za wiele nie kontrolowałam czy nie myślałam poprostu intuicja mi tak podpowiadała że tak należy zrobić.
Sala porodowa w szpitalu, na zdjęciu pielęgniarka z Kramzorg ubierająca maleństwo
Po tym jak zjadłam śniadanie, poszłam wziąć prysznic. Krwawiłam jak wstałam z łóżka, nawet tuż po szyciu czułam że coś ciepłego i ciekłego ze mnie wypływa. Okazało się że to krew. Ale nie patrzyłam na dół co się dzieje. Pod prysznic ledwo doszłam, a tam bałam się że zemdleje. Bo naprawdę zrobiło mi się bardzo słabo. Ale miałam wrażenie że nikogo to nie obchodzi. Pielęgniarka mnie obserwowała czy rzeczywiście nie zemdleje.Kazali mi też koniecznie zrobić siku zanim wyjdę do domu. Bo już o godzinie 14tej, kiedy byłam umyta, przebrana, wychodziliśmy do domu. Tutaj w szpitalu się nie zostaje, chyba że były jakieś komplikacje. U mnie takich nie stwierdzili, chociaż uważam że powinni sprawdzić mój stan po porodzie i naprawdę ja czułabym się dużo lepiej gdybym mogła zostać tam jeszcze chwile. Nie chciało mi się iść do domu. A mój chłopak też, leń, nie chciał pójść do domu po fotelik, który zapomnieliśmy wziąć ze sobą więc wymyślił że mnie zawiezie na takim wózku szpitalnym do domu. Taki wózek coś jak koszyk w sklepie jest na 2 euro, który się później oddaje. Byłam też wściekła że nie chciał nas zawieźć normalnie autem, pomimo że to jest niecałe 5 minut na piechote do domu i mógł szybko obrócić, bo nie wziełam żadnego grubego kocyka czy kurteczki.Które były przygotowane w wózku. Więc moje maleństwo musiałam owinąć we wszelkie bety jakie ze sobą zabrałam. Nie byłam w stanie myśleć jasno, nie miałam siły się kłócić. Pielegniarka tylko dziwnie popatrzyła na mojego chłopaka co on wymyślił ale też go nie przekonała. Był listopad, ale na szczęście tego dnia słoneczko świeciło dość mocno i było jeszcze ciepło, tak że maleństwu się nic nie stało.
Podsumowanie
Moje ogólne odczucia na temat porodu w Holandii są takie, że nie wiem czy chciałabym rodzić tutaj jeszcze raz. Cieszę się że nie było żadnych komplikacji i poród odbył się szybko. Mam jednak wrażenie że gdyby coś było nie tak byłoby ciężko. Tutaj cięć cesarkich prawie wogóle nie wykonują, chyba że w ostateczności. Także nie wyobrażam sobie co by było gdyby dziecko się nagle przekręciło tuż przed porodem ( jak zrobiłam to ja podczas kiedy mama rodziła ). Nie podobało mi się też to że właściwie zignorowano moja prośbę o znieczulenie. Wprawdzie ja się tego znieczulenia nie domagałam później, bo chciałam aby skończyć jak najszybciej poród. Jednak gdybym wcześniej trafiła do szpitala wolałabym jednak dostać znieczulenie. Tu też nie podobało mi się to że tak późno byłam w szpitalu. Także to, że nie nacięto mi krocza, a pozwolono żeby mnie porozrywało w każdym kierunku też nie było za fajne. Bardzo długo po porodzie do siebie dochodziłam. A po tygodniu nabawiłam się infekcji pęcherza moczowego, co nie wykluczam że było to przyczyną tego że cewka moczowa musiała być też zszywana. Podczas porodu wyskoczyły mi hemoroidy o których mi nikt nie powiedział, a ja ból jaki odczuwałam po porodzie uważałam za normalny. Okazało się że to właśnie hemoroidy i kiedy bardzo mnie bolały, nie mogłam nawet dostać żadnej maści bo odkryłam to w niedziele kiedy wszystkie apteki były pozamykane.A chłopakowi nie chciało się szukać czy gdzieś jest jakas otwarta żeby cokolwiek dostać. Także męczyłam się bardzo. Tydzień po porodzie położna dopiero przyznała że straciłam wiecej niż normalnie krwi podczas porodu i przez to czuję się taka osłabiona. Tydzień po porodzie wybrałam się do sklepu, oczywiście autem, ale nie byłam w stanie długo chodzić bo po dosłownie 10 minutach musiałam już wyjść bo myślałam że się przewróce. Chyba dopiero po 2ch tygodniach byłam w stanie iść na dłuższy spacer. Na moją prośbę wykonano mi badania krwi i okazało się że mam niedobór żelaza. Tylko że jakoś już olali mnie jak powinnam ten niedobór zredukować. Po 4ch miesiącach od porodu nadal miałam niedobór, pomimo że łykałam suplementy i tu też już lekarz mi nie wytłumaczył jak powinnam to zmienić. Do tej pory walcze z tym niedoborem.
Jako plus mogę powiedzieć że sala porodowa w szpitalu jest naprawdę super. Jest to sala jedoosobowa, z łazienka i toaleta. W szpitalu znajdują się też wszelkie potrzebne rzeczy jak ręczniki, gazy, waty, majtki poporodowe, podpaski, nawet pieluchy dla maleńswta. Do tej pory nie doczekałam się rachunku za poród w szpitalu a ponoć taki powinnam dostać. Z racji tego że nie było u mnie przeciwskazań do porodu w domu.
Pomimo że minęło juz 5 miesięcy od mojego porodu, wspomnienia jak widać się nie zatarły. Na poród patrzę teraz jako niesamowite przeżycie. Chyba ostatecznie cieszę się że mogłam doświadczyć go bez znieczulenia. Właściwie cały poród czekałam, aż pojawi się ból nie do wytrzymania, o którym tyle się pisze i słyszy. Czekałam i się nie doczekałam. Tak, bolały mnie skurcze a bardziej to że się powtarzały, ból rozrywający był trudny ale też jakoś go przetrwałam. A samo wyjście dziecka co wydawało mi się że będzie bolało, było chyba najprzyjemniejszym uczuciem z całej akcji porodowej. Wiedziałam że jestem dość odporna na ból, nie powiem że było łatwo bo momentami byłam wściekła że nie wziełam tego znieczulenia. Ale teraz wiem że mogę wszystko :) Też po samym porodzie miałam taki przypływ adrenaliny że nie byłam wcale zmęczona, pomimo nie przespanej nocy. Nie czułam nawet głodu, byłam tak podekscytowana że się udało, że dzieciątko jest ze mną że nie mogłam spać. Chciałam od razu wszystkim dać znać że urodziłam, porozmawiać. Tej samej nocy nawet opisałam swój poród swoim koleżankom, bo wcale zasnąć nie mogłam. Pilnowałam dziecka czy śpi dobrze. Oczywiście całym porodem najbardziej zmęczony był chłopak :/
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Podróż z niemowlakiem
Dla odmiany trochę z bardziej aktualnych wydarzeń. Wybrałam się z moją już 5-cio miesięczną córcią na święta do Polski. To była już jej druga podróż do dziadków, ale tym razem leciałyśmy samolotem po raz pierwszy. Starałam się przygotować na podróż najlepiej jak można. Jak wygląda latanie z niemowlakiem liniami Wizzair? Za wiele informacji poza podstwowymi na stronie przewoźnika, nie mogłam znaleźć. Najważniejszą informacją jest to że dla niemowlaka do 2ch lat również wykupuje się bilet, ale dziecko powinno siedzieć na kolanach osoby dorosłej. Cena biletu, jeżeli przewyższa 25 euro, kosztuje właśnie 25 euro, natomiast jeżeli bilet dla osoby dorosłej kosztuje np. 10 euro placi się dokładnie tyle za niemowlaka. Bagaż podręczny nie przypada dla niemowlaka.
Należy też pamiętać że kiedy podróżuję się z dzieckiem do 2ch lat, staje się w kolejce z pierwszeństwem wejścia na pokład. Nie trzeba za to dodatkowo płacić.
Wózek
Można ze sobą zabrać wózek bez dodatkowych opłat. Tu miałam najwięcej obaw i pytań, przede wszystkim :
1. Jaki wózek można wziąć ze sobą do samolotu?
2. Co zrobić z wózkiem na lotnisku?
3. Czy należy ściągnąć torbę/kosz pod wózkiem?
4. Czy można coś włożyć do tej torby pod wózkiem?
Pomimo że na stronie lini Wizzair są jakieś informacje, ja miałam dalej dylemat. Wkońcu zdałam się na swoje przeczucie, co okazało się najlepszym rozwiązaniem. Teraz mogę odpowiedzieć na powyższe pytania.
1. Wózek. Pomimo że dziecko jeszcze nie siedzi i powinnam zabrać gondolę, ja zdecydowałam się na fotelik + stelaż. Nie widziałam nikogo z gondolą, pomimo że nawet mniejsze dzieciątka były brane na pokład. Także najlepiej zabrać ze sobą właśnie fotelik, bo z gondolą nigdy nic nie wiadomo. Ponoć dopuszcza się, ale po co ryzykować?
2. Tu można zdecydować czy wózek oddać razem z bagażem rejestrowanym, czy zabrać ze sobą pod samolot. Ja nie miałam bagażu rejestrowanego, odprawę zrobiłam przez internet, ale mimo wszystko musiałam podejść do kasy odpraw, tam został wózek obklejony. Pani pyta ile jest części wózka, w moim przypadku były to dwie i dostałam także dwie naklejki. Jedną na fotelik, drugą na stelaż.Następnie przechodzi się przez bramkę, z wózkiem. Najpierw wózek następnie my z dzieckiem. W Eindhoven musiałam ściągnąć buty i kobieta z obsługi lotniska potrzymała dziecko w tym czasie. Nie musiałam małej rozbierać z kurteczki. Przed wejściem na pokład samolotu wózek należy złożyć i zostawić pod schodami. Obsługa lotniska pokazuje gdzie najlepiej zostawić wózek. Z racji tego że podróżowałam sama, zdjęłam najpierw fotelik i położyłam na ziemię z dzieckiem. Następnie złożyłam stelaż i fotelik położyłam na stelażu, dziecko na końcu wzięłam na ręce. Po przylocie, we Wrocławiu wózek leżał już na płycie lotniska kiedy wyszłam z samolotu. Także szybko go złożyłam i mogłam od razu wyjść. Podczas powrotu do Eindhoven, wózek nie leżał przy samolocie a trzeba było czekać na niego tam gdzie odbiera się bagaż. Nie było to wygodne. Przede wszystkim trzebabyło dziecko nieść na rękach od samolotu, a potem czekać jakiś czas aż wózek się pojawi. Na szczęśćie nie leciałam sama, ale już z bratem i jak czekałam na wózek mógł się chwile zająć dzieckiem. Gdybym była sama byłoby mi o wiele ciężej. Takie rozwiązanie wcale mi się nie podobało bo czekało się znacznie dłużej i było mniej wygodne. Niestety trzeba o tym wiedzieć że też i tak odbiera się wózek.
Na pytanie 3 i 4 odpowiedź brzmi nie. Torby nie trzeba ściągać, u mnie można tak zrobić ale postanowiłam że jednak zostawie i zawsze gdy musiałam, mogłam na chwile cośtam włożyć. Na lotnisku kilka razy było sprawdzane czy napewno torba jest pusta, przy oklejaniu wózka i odprawie.
Na pokład można ze sobą zabrać dodatkowo kocyk i zabawkę.
Niemowlę na pokładzie
Po wejściu na pokład dostaję się dodatowy pas dla niemowlaka. Bardzo prosto się go zaczepia do swojego pasa a nastepnie zapina dziecko. Dziecko chcac nie chcąc musi siedzieć na kolanach. Podczas startu i lądowania jak i zresztą każdy pasażer dziecko musi być zapięte. Później jak to jest możliwe najlepiej dziecko odpiąć i zmieniać jego pozycję co jakiś czas żeby nie było za bardzo marudne. Podczas startu i lądowania dobrze jest mieć przygotowane mleko, tak aby maluszek połykał i nie odczuwał różnicy ciśnienia. Wydaje mi się że ten trik bardzo pomógł i dziecko mi nie płakało wogóle. Jedynie trochę marudziło jak leciałam w jedną stronę ale to głównie przez zmęczenie. Niestety nie chciała mi córusia spać podczas lotu także cały czas musiałam ją czymś zajmować. Dopiero podczas lądowania wymiękła całkowicie i wtedy zasnęła. Stało się tak, jak leciałam zarówno w jedną, jak i drugą stronę.
Właściwie nie odczułam żeby załoga samolotu podeszła do mnie w inny sposób niż do innych pasażerów. Dostałam pas, kiedy sprawdzano czy jest zapięty, pani tylko spojrzała czy napewno zapiełam dobrze dziecko. Raz mi zwróciła uwagę że dziecko należy juz zapiąć, o czym wiedziałam, ale dopiero co zapaliło się światełko o tym informujące.
Fajnie jest jak jest miejsce obok nas puste, wtedy można coś obok odłożyć lub na chwilę położyć dziecko. Niestety nie zawsze tak jest.
Latanie z niemowlęciem jest o tyle dobrym rozwiązaniem że jest to szybsze niż samochodem. Trzeba też bardzo minimalistycznie zapakować się. Nie wyobrażam sobie gdybym miała duży bagaż ze sobą i wózek. Należy też pamiętać o dokumentach dla dziecka.
Dokumenty
W Holandii niemowlakowi można wyrobić paszport, ale też i dowód. Właściwie czeka się na dowód niedługo, bo już po tygodniu otrzymaliśmy dowód. Kosztował 28 euro. Nie wyrabiałam paszportu, bo nie planuje wyjazdów dalszych, poza Unię Europejską. Można dodatkowo mieć ze sobą zgodę drugiego rodzica na podróż, jeżeli podróżuje tylko jeden. Gotowy formularz można ściągnąć z internetu. Ja również miałam ze sobą dodatkowo akt urodzenia.W przypadku jeżeli nie mamy żadnego dokumentu, akt urodzenia jest wystarczający. Na lotnisku nikt mnie o takie papiery nie pytał, a nawet na dowód odniosłam wrażenie że lekceważąco spojrzeli. Ale lepiej mieć niż nie :)
Co zabrać dla niemowlaka?
1. Ważne jest mieć dokumenty dla dziecka i oczywiście wydrukowany bilet. Bilet dla niemowlaka jest tym samym co dla dorosłej osoby.
2. Kocyk. Dobrze mieć w razie potrzeby kocyk aby przykryć dziecko gdyby zasnęło. Chociaż w samolocie jest dosyć ciepło, ale kiedy działa klimatyzacja i nawiew lepiej dziecko czymś otulić.
3. Jedzenie. Jeżeli karmimy piersią wtedy taki problem odpada. Dobrze jest mieć przygotowane ze sobą mleko jeszcze przed odprawą. Podczas odprawy butelka z mlekiem jest odkładana na osobną kuwetkę. Podczas odprawy obsługa pyta co jeszcze ma się dla dziecka. Nie przesadzałabym z ilością jedzenia. Jeżeli dziecko dopiero zaczyna jeść pokarmy stałe, napewno obejdzie się bez słoiczka na godzinny czy dwugodzinny lot i wystarczy tylko mleko. Po co bawić się w karmienie i przy okazji ubrudzenie wszystkiego dookoła. Można wziąc ze sobą butelkę wody mineralnej, czy soczku dla dziecka. Wszelkie płyny czy pokarmy należy wyjąć i pokazać przy odprawie. Mi nikt nie kazał próbować mleka, ale moga o to poprosić.
4. Zabawka, jedna lub dwie. Tak aby móc dziecko na chwilę czymś zająć.
5, Pieluchy i chusteczki nawilżające. Dobrze jest też mieć ze sobą jakiś ręczniczek do wytarcia dziecka lub pieluszke tetrową.
6. Ubranko na zmiane.
To są najważniejsze i najistotniesze rzeczy. Po co targać coś co nam się nie przyda? Oczywiście sporo zależy od tego jak duże jest dziecko, jakie ma potrzeby, co lubi itd. Ale wygodnie jest mieć poprostu mniej. Dobrze też pamiętać o tym że nie lecimy sami z dzieckiem. Denerwujące jest to jak dziecko płacze w niebogłosy a rodzice zdają sobie nic z tego nie robić. Jeżeli są w domu, to proszę bardzo niech się dzieciak drze ile chce. Ale w podróży wypada dziecko czymś zająć, zainteresować czy starać się je uspokoić. Dzieciom tak i dorosłym nudzi się bardzo szybko siedzenie w jednym miejscu.
środa, 8 kwietnia 2015
Wizyty u położnych
Pierwsze wizyty u położnej
Czekała mnie przeprowadzka do innego miasta i nie byłam pewna jak zorganizować sobie położną, gdzie lepiej się zapisać i tym podobne. W Holandii poprostu się wybiera położną, z reguły im bliżej miejsca zamieszkania tym lepiej. Zastanawiałam się również czy nie lepiej przenieść się do Polski na czas ciąży, szczególnie po tym jak zostałam potraktowana na samym początku przez lekarza pierwszego kontaktu. Ale wiedziałam również że skoro już dostałam pracę, to powinnam się z tego cieszyć i nie rezygnować z niej. Dojazdy do Polski na każdą wizytę nie wydawały się dobrym pomysłem w moim stanie. Mniej wiecej w 10tym tygodniu zadzwoniłam do położnej w nowym mieście, tak żeby umówić się na wizytę, ale ona doradziła mi zrobić pierwsze badania USG jeszcze w starym miejscu z racji tego że przeprowadzka czekała mnie dopiero za miesiąc. Jak się okazało badanie USG powinno zostać wykonane w 9tym lub 10tym tygodniu ciąży a następnie powtórzone w tygodniu 12tym. Ważne to jest nie tylko ze względu na samo badanie, ale również dla ubezpieczyciela żeby móc określić termin porodu i datę urlopu macierzyńskiego.
Zdjęcie z 13 tygodnia
Przy pierwszej wizycie, został przeprowadzony ze mną wywiad, czy mam jakieś choroby przewlekłe, również o to czy w rodzinie pojawiały się choroby jak nadcisnienie, uczulenia i tym podobne.Położna (bardzo młoda) niestety kiepsko mówiła po angielsku, na szczęście był ze mna mój chłopak i tłumaczył jak czegoś ona nie potrafiła wyjaśnić. Niestety skutkowało to też tym że ja mając dużo pytań (nawet tych głupich) jakoś o nich zapomniałam i tylko dowiedziałam się najważniejszych informacji na jakich mi zależało. Pierwsze USG było wykonane dla potwierdzenia ciąży oraz ustalenie mniej wiecej terminu porodu. Dostałam również skierowanie na badania krwi ( a jednak jakieś badania robią ! :) ), miedzy innymi na grupe krwi, HIV, żelazo i dwa inne badania. Na badanie krwi wystarczyło się zgłosić rano, między godziną 8ma a 10ta. Nikt nie mówił o byciu na czczo, ale ja sama postanowiłam że lepiej pójść bez śniadania. Kiedy przyszłam na pobór krwi, nie było żadnej kolejki, wystarczyło że weszłam do środka, pielęgniarka odebrała odemnie skierowanie i pobrała krew. Trzebabyło pobrać 5 próbek, za każdym razem przykładała nową próbówkę a ja przy czwartej prawie odlatywałam. Na 5ta próbkę krew nie chciała już lecieć więc mnie lekko postukała w żyłę a mi zrobiło się słabo. Na szczęście nie zemdlałam, ale było już blisko, od razu po pobraniu krwi musiałam coś zjeść bo inaczej bym odjechała całkowicie. Przy kolejnej wizycie, ustalonej na tydzień 12ty, dla kolejnego potwierdzenia terminu porodu, wyniki badań przyszły automatycznie do położnej. Dziwne tutaj jest to że nie chodzi się nigdzie odbierać wyników badań, tylko na skierowaniu napisane jest kto zleca badania i są one wysyłane pocztą elektroniczną do kierującego. Podobnie jest z receptami, recepta jest wysyłana do apteki a delikwent poprostu odbiera leki w wybranej przez siebie aptece. Tak, przy zapisaniu się do lekarza rodzinnego, należy również zapisać się do apteki :) Ale to już takie bardziej dodatkowe informacje.
U mnie nie zgadzaly sie terminy, według ostatniej miesiączki powinnam mieć termin o ponad tydzień późniejszy ale oni na podstawie wielkości maleństwa, stwierdzili że tak jest napewno. Urodziłam dwa dni po wyznaczonym terminie. Tak właściwie później to już nie ma znacznia czy tydzień w tą czy tą. Przy drugim USG maleństwo też jakby zaczęło sobie podskakiwać beztrosko, co było naprawdę niesamowite. Za każdym razem na to wspomnienie pojawiał mi się uśmiech na twarzy.
Po przeprowadzce do Groningen, zapisałam się do położonej właśnie tutaj. Mieszkanie udało mi się znaleźć bardzo blisko szpitala, a także moja praca była na uczelni tuż przy szpitalu więc nie mogłam zrobić nic innego jak zapisać się tutaj do położnej. Jak się okazało położnych było kilka i podzielone były na dwie grupy. W każdej grupie jest ok. 5 położnych i ja przy kolejnej wizycie spotykałam się z inną, tak żeby móc je wszystkie poznać. Została założona mi karta ciąży która była papierową teczką i tam były zapisywane terminy wizyt a wyniki z badań (ciśnienie, waga i położenie dziecka) były drukowane na kartce, po jakimś czasie dopisywane.
Wizyty u położnych
Właściwie każda wizyta wyglądała podobnie. Napoczątku odbywały się one co 4 tygodnie, po skończonym tygodniu 30tym ciąży wizyty były już co 2-3 tygodnie a po 36tygodniu już co tydzień. Bardzo ważne tutaj jest kolejne USG w tygodniu 20tym. Nacisk na to kładą tutaj ogromny, dostaje się dodatkowe broszury informacyjne i zaznaczają żeby umówić się na badanie także z wyprzedzeniem. Czasami odnosiłam wrażenie że jak by mi się zapomniało i to badanie było w tygodniu 21ym to by mnie rozstrzelano na miejscu :) Takie badanie trwało też najdłużej - około pół godziny. Maleństwo zostało zbadane z każdej strony, to czy wszystkie narządy rozwijają się prawidłowo, jak serduszko, nerki, żołądek. Przy sercu nawet można było dostrzec jak przepływa krew, gdzie wpływa a gdzie wypływa. Niesamowity widok. Sprawdzone zostały również wymiary, jak średnica główki, wielkość dziecka ( ale nie waga, wagi ani razu mi nikt tutaj nie szacował!) oraz długość uda. Dowiedziałam się również płci dziecka :) Chociaż było to nie do końca jasne, okazało się że będzie dziewczynka i takie przewidywania się sprawdziły. Cieszyłam się bardzo że jednak dziewczynka :) Na drugi dzień kupiłam dwie sukieneczki :)
Kolejne USG miałam dopiero w tygodniu 28tym, ale tylko dlatego że podczas wizyty położna nie mogła dobrze wyczuć dziecka i zmartwiła się że mogę mieć cukrzyce ciążową. Dostałam skierowanie na badanie i na USG. A że udało się to USG zrobić zaraz na drugi dzień i okazało się wszystko wporządku to nie musiałam już robić testu na cukrzyce.
Nie napisałam wkońcu jak wygladała każda wizyta. Mniej wiecej kolejność była taka:
- rozmowa jak się czuje, czy wszystko w porządku, mogłam również zadać jakieś swoje pytania,
- zmierzenie ciśnienia,
- ważenie, ale właściwie równie dobrze mogłam sama powiedzieć ile ważę i nie musiałam robić tego koniecznie u położnej,
- kładzenie się na kozetce, gdzie położna najpierw macała brzuch, oceniała jak jest położone dziecko, potrafiła powiedzieć gdzie są rączki a gdzie nóżki i głowka,
- sprawdzenie tętna dziecka, jak dla mnie było to jakby mini usg które przykładało się do brzucha i można było słyszeć szum plus właśnie bijące serduszko a czasem nawet kopniaka,
- na tym wizyta sie kończyła.
Każda kolejna wizyta wyglądała identycznie, na około dwa miesiące przed porodem został ze mną omówiony również plan porodu. W tygodniu 34tym również miałam badanie USG aby ocenić czy dziecko ułożone jest główką do dołu i to było moje ostatnie USG. Czyli w sumie miałam 5 badan USG, a standarowo miałabym 4. W tygodniu 26tym miałam powtórzone badana krwi, do końca nawet nie wiem co było sprawdzane, ale wszystko było w porządku.
W każdej chwili też mogłam zadzwonić do położnej i zapytać w razie wątpliwości czy umówić się na wizytę. Ale jakoś nie było to potrzebne, mój jedyny telefon wykonałam jak zaczął się prawdziwy poród.
Położne po porodzie
Przy okazji opisu położnych muszę wspomnieć jak wyglądało to już po porodzie. Odnośnie samego porodu pojawi się wpis. Otóż po porodzie miałam wrażenie jakby bardziej się mną zaczęto interesować. Położna pojawiała się mniej wiecej co drugi dzień. Przychodziła właściwie bez umówienia się, poprostu nagle pojawiała się w domu. Ja byłam nieco otępiała i te wizyty były jak dla mnie czasami jak przez mgłę. Głównie pytali mnie jak się czuje, czy wszystko wporządku. Na 5 dni po porodzie położna zdjęła mi dwa szwy, na moją prośbę. Pomimo że szwy były rozpuszczalne, wolałam jednak żeby mi je zdjęli. Poszło bardzo szybko i poczułam wtedy też lekką ulgę. Również pytali jak mi idzie z karmieniem piersią. O tym także pojawi się inny wpis. Położne przychodziły mniej wiecej co 2-3 dni przez pierwsze 10 dni po porodzie. Na ostatniej wizycie pojawiła się ta sama położna która była obecna przy porodzie. Powspominałyśmy jak to było, porozmawiałyśmy też o antykoncepcji, uświadamiała mi że z kolejnym dzieckiem należy poczekać itd. Dostałam też informacje o stowarzyszeniu matek i tym podobne. Na moją prośbę również spojrzała czy wszystko goi mi się prawidłowo po porodzie.
Następnie w 6tym tygodniu połogu, czyli ostatnim musiałam się również umowić na wizytę ale już sama miałam przyjść do gabinetu. Znów była rozmowa, jak sobie radze, jak się czuję, jak maleństwo. Ale głównie ja byłam pod lupą. Poprosiłam też aby sprawdzić jeszcze raz moje rany poporodowe, z racji tego ze dalej miałam lekkie bóle. Sprawdziła mi również położna czy macica się obkurczyla prawidłowo.
Przez całą ciążę nie widziałam tutaj ginekologa ani razu. Nikt też nie wysyłał mnie na cytologię, ani inne badania. Jak wspomniałam że w Polsce dostaje się zaproszenie na cytologię w wieku 25 lat było ogormne zdziwienie. Tutaj ponoć dostaję się w wieku lat 30tu. Zobaczymy :)
Położne wydawało się że wiedzą co robią, pomimo że niektóre wyglądały bardzo młodo, potrafiły określić pozycje płodu. Mnie to dziwiło, ponieważ ja sama nigdy nie wiedziałam po czym poznać gdzie nóżka a gdzie rączka.
U mnie nie zgadzaly sie terminy, według ostatniej miesiączki powinnam mieć termin o ponad tydzień późniejszy ale oni na podstawie wielkości maleństwa, stwierdzili że tak jest napewno. Urodziłam dwa dni po wyznaczonym terminie. Tak właściwie później to już nie ma znacznia czy tydzień w tą czy tą. Przy drugim USG maleństwo też jakby zaczęło sobie podskakiwać beztrosko, co było naprawdę niesamowite. Za każdym razem na to wspomnienie pojawiał mi się uśmiech na twarzy.
Po przeprowadzce do Groningen, zapisałam się do położonej właśnie tutaj. Mieszkanie udało mi się znaleźć bardzo blisko szpitala, a także moja praca była na uczelni tuż przy szpitalu więc nie mogłam zrobić nic innego jak zapisać się tutaj do położnej. Jak się okazało położnych było kilka i podzielone były na dwie grupy. W każdej grupie jest ok. 5 położnych i ja przy kolejnej wizycie spotykałam się z inną, tak żeby móc je wszystkie poznać. Została założona mi karta ciąży która była papierową teczką i tam były zapisywane terminy wizyt a wyniki z badań (ciśnienie, waga i położenie dziecka) były drukowane na kartce, po jakimś czasie dopisywane.
Wizyty u położnych
Właściwie każda wizyta wyglądała podobnie. Napoczątku odbywały się one co 4 tygodnie, po skończonym tygodniu 30tym ciąży wizyty były już co 2-3 tygodnie a po 36tygodniu już co tydzień. Bardzo ważne tutaj jest kolejne USG w tygodniu 20tym. Nacisk na to kładą tutaj ogromny, dostaje się dodatkowe broszury informacyjne i zaznaczają żeby umówić się na badanie także z wyprzedzeniem. Czasami odnosiłam wrażenie że jak by mi się zapomniało i to badanie było w tygodniu 21ym to by mnie rozstrzelano na miejscu :) Takie badanie trwało też najdłużej - około pół godziny. Maleństwo zostało zbadane z każdej strony, to czy wszystkie narządy rozwijają się prawidłowo, jak serduszko, nerki, żołądek. Przy sercu nawet można było dostrzec jak przepływa krew, gdzie wpływa a gdzie wypływa. Niesamowity widok. Sprawdzone zostały również wymiary, jak średnica główki, wielkość dziecka ( ale nie waga, wagi ani razu mi nikt tutaj nie szacował!) oraz długość uda. Dowiedziałam się również płci dziecka :) Chociaż było to nie do końca jasne, okazało się że będzie dziewczynka i takie przewidywania się sprawdziły. Cieszyłam się bardzo że jednak dziewczynka :) Na drugi dzień kupiłam dwie sukieneczki :)
Kolejne USG miałam dopiero w tygodniu 28tym, ale tylko dlatego że podczas wizyty położna nie mogła dobrze wyczuć dziecka i zmartwiła się że mogę mieć cukrzyce ciążową. Dostałam skierowanie na badanie i na USG. A że udało się to USG zrobić zaraz na drugi dzień i okazało się wszystko wporządku to nie musiałam już robić testu na cukrzyce.
Nie napisałam wkońcu jak wygladała każda wizyta. Mniej wiecej kolejność była taka:
- rozmowa jak się czuje, czy wszystko w porządku, mogłam również zadać jakieś swoje pytania,
- zmierzenie ciśnienia,
- ważenie, ale właściwie równie dobrze mogłam sama powiedzieć ile ważę i nie musiałam robić tego koniecznie u położnej,
- kładzenie się na kozetce, gdzie położna najpierw macała brzuch, oceniała jak jest położone dziecko, potrafiła powiedzieć gdzie są rączki a gdzie nóżki i głowka,
- sprawdzenie tętna dziecka, jak dla mnie było to jakby mini usg które przykładało się do brzucha i można było słyszeć szum plus właśnie bijące serduszko a czasem nawet kopniaka,
- na tym wizyta sie kończyła.
Każda kolejna wizyta wyglądała identycznie, na około dwa miesiące przed porodem został ze mną omówiony również plan porodu. W tygodniu 34tym również miałam badanie USG aby ocenić czy dziecko ułożone jest główką do dołu i to było moje ostatnie USG. Czyli w sumie miałam 5 badan USG, a standarowo miałabym 4. W tygodniu 26tym miałam powtórzone badana krwi, do końca nawet nie wiem co było sprawdzane, ale wszystko było w porządku.
W każdej chwili też mogłam zadzwonić do położnej i zapytać w razie wątpliwości czy umówić się na wizytę. Ale jakoś nie było to potrzebne, mój jedyny telefon wykonałam jak zaczął się prawdziwy poród.
Położne po porodzie
Przy okazji opisu położnych muszę wspomnieć jak wyglądało to już po porodzie. Odnośnie samego porodu pojawi się wpis. Otóż po porodzie miałam wrażenie jakby bardziej się mną zaczęto interesować. Położna pojawiała się mniej wiecej co drugi dzień. Przychodziła właściwie bez umówienia się, poprostu nagle pojawiała się w domu. Ja byłam nieco otępiała i te wizyty były jak dla mnie czasami jak przez mgłę. Głównie pytali mnie jak się czuje, czy wszystko wporządku. Na 5 dni po porodzie położna zdjęła mi dwa szwy, na moją prośbę. Pomimo że szwy były rozpuszczalne, wolałam jednak żeby mi je zdjęli. Poszło bardzo szybko i poczułam wtedy też lekką ulgę. Również pytali jak mi idzie z karmieniem piersią. O tym także pojawi się inny wpis. Położne przychodziły mniej wiecej co 2-3 dni przez pierwsze 10 dni po porodzie. Na ostatniej wizycie pojawiła się ta sama położna która była obecna przy porodzie. Powspominałyśmy jak to było, porozmawiałyśmy też o antykoncepcji, uświadamiała mi że z kolejnym dzieckiem należy poczekać itd. Dostałam też informacje o stowarzyszeniu matek i tym podobne. Na moją prośbę również spojrzała czy wszystko goi mi się prawidłowo po porodzie.
Następnie w 6tym tygodniu połogu, czyli ostatnim musiałam się również umowić na wizytę ale już sama miałam przyjść do gabinetu. Znów była rozmowa, jak sobie radze, jak się czuję, jak maleństwo. Ale głównie ja byłam pod lupą. Poprosiłam też aby sprawdzić jeszcze raz moje rany poporodowe, z racji tego ze dalej miałam lekkie bóle. Sprawdziła mi również położna czy macica się obkurczyla prawidłowo.
Przez całą ciążę nie widziałam tutaj ginekologa ani razu. Nikt też nie wysyłał mnie na cytologię, ani inne badania. Jak wspomniałam że w Polsce dostaje się zaproszenie na cytologię w wieku 25 lat było ogormne zdziwienie. Tutaj ponoć dostaję się w wieku lat 30tu. Zobaczymy :)
Położne wydawało się że wiedzą co robią, pomimo że niektóre wyglądały bardzo młodo, potrafiły określić pozycje płodu. Mnie to dziwiło, ponieważ ja sama nigdy nie wiedziałam po czym poznać gdzie nóżka a gdzie rączka.
poniedziałek, 23 marca 2015
Przebieg ciąży
Tym razem chciałabym opisać jak przebiegała moja ciąża.
Pierwszy trymestrO swoich pierwszych objawach ciąży pisałam we wcześniejszym wpisie. Nie miałam większych problemów na samym początku, co można powiedzieć że byłam szczęściarą. Nie do końca tak jednak było i zdażało się że były dni że poprostu się źle czułam. Byłam osłabiona, czasami czułam lekkie mdłości, szczególnie jak zjadłam coś słodkiego. Nagle też poczułam ogromną ochotę na mięso, paczkę kabanosów mogłam wciągnąć praktycznie od razu. Wcześniej nie byłam aż taka fanką mięsa i w restauracji zazwyczaj zamawiałam kurczaka. A tu nagle zażyczyłam sobie żeberka, które zjadłam z największą przyjemnością i tylko zastanawiałam się dlaczego tak mało (a porcja była naprawdę spora). Na śniadania uwielbiałam jeść kanapkę z dżemem, a tu nagle nie miałam na nią ochoty i kończyło się tylko na kanapce z serkiem topionym. Będąc tutaj nauczyłam się również codziennie popołudniu wypijać taki jogurt pitny jako przekąska. A przez całą ciąże jakoś wcale nie mogłam go pić, poprostu mdliło mnie i nie czułam się za dobrze po jogurtach. Wydawało mi się to dziwne bo podczas ciąży powinno się właśnie chyba więcej zjadać nabiałów. Przez te zachcianki na mięso wyrokowano mi chłopczyka, jednak okazało się że takie stare przesądy wcale nie są prawdą.
Poza tym nie mogłam omijać posiłku, bo zwyczajnie robiło mi się słabo a na takie lekkie mdłości najlepiej było właśnie coś przegryźć (najlepiej kabanoska :)). Tylko jeszcze raz zaznaczę u mnie mdłości były sporadyczne. Drażniły mnie też nieco zapachy, właściwie przez calą ciążę byłam na nie jakoś bardziej wyczulona ale bez przesady.
Drugi trymestr
W wielu źródłach można przeczytać że w tym miesiącu jest najłatwiej. Muszę się z tym zgodzić. Bedąc w 4tym i 5tym miesiącu dużo jeździłam, przeprowadzałam się, trochę to u mnie trwało, doszło nawet do tego że przez 2 tygodnie nie miałam gdzie mieszkać więc tułałam się trochę po hotelach. Ale dałam radę i nie było tak źle jak się wydawało. Fakt jest że szybciej się męczyłam, przy pakowaniu musiałam robić przerwę co jakiś czas bo zwyczajnie było mi za ciężko. Trochę też puchły mi nogi, szczególnie jak robiło się gorąco. Również jak było gorąco czułam się nieco gorzej. Także jak za długo siedziałam w jednymi miejscu bolały mnie plecy. Problem z plecami nasilał się z każdym tygodniem.
W tym trymestrze także poczułam pierwsze mocniejsze kopniaczki maleństwa. Zazwyczaj pojawiały się wieczorem. A pierwsze mocniejsze ruchy zaczęłam czuć jakoś w 16tym lub 17tym tygodniu.
Trzeci trymestr
Pracowałam praktycznie do samego końca, tzn do 36 tygodnia ciąży. W tygodniu 30 tym leciałam samolotem do Polski na konferencję oraz krotkie wakacje. Nie było żadnego problemu, nawet jak leciałam samolotem, miałam przygotowaną zgode od położnej na podróżowanie - nikt mnie o nią nie zapytał nawet. Odniosłam wrażenie że nawet nikt ze zauważył mojej ciąży.
Bóle pleców pojawiały się też znacznie cześciej. Samą końcówkę nie wspominam najlepiej, sapałam jak lokomotywa, męczyło mnie dosłownie wszystko. A najgorsze było sznurowanie butów czy ubieranie skarpetek. Ubranie spodni było też nie lada wyzwaniem. Moje stopy nagle były też większe o dwa rozmiary prawie i ledwo mogłam włożyć noge do kapcia a co dopiero do buta. Cały czas śmigałam w trampkach które mi dosłownie pękały w szwach do moich opuchnietych nóg. Poza tym każda czynność w kuchni kończyła się tym że brzuchem zawadziłam, a to o garnek, a to się upaprałam czymś a nawet zdarzyło się że się oparzyłam bo zbyt blisko stałam kuchenki. Brzuch mi ciążył bardzo, nie wiedziałam też jak mogę przeczekiwać te ostatnie dni, bo ani siedzenie, leżenie czy stanie nie należało do najwygodniejszych pozycji. Nie mogłam doczekać się kiedy już będzie koniec tych męczarni. Noce były też nie za ciekawe, właściwie nocne wizyty w toalecie zaczęły być najbardziej uciążliwe w ostatnich tygodniach. Co dziwne w ciągu dnia nie było aż tak źle, ale kiedy nadchodziła noc - wtedy jakbym wypiła hektolitry wody co godzinę czekała mnie wizyta w WC. Dochodziło do tego też że każda pozycja w łóżku była niewygodna, na plecach nie mogłam spać bo brzuch ciężki i mnie dosłownie wgniatało. Na brzuchu z oczywistych racji spać nie mogłam więc pozostawało spanie na boku. Ale tutaj też wesoło nie było bo budziłam się cała ścierpnięta i musiałam przekręcić się na drugą stronę. No i właśnie, gdy człowiek śpi normalnie, to nie kontroluje tego i nie budzi się przy każdym odwrocie. Ja się budziłam, brzuch był tak ciężki że zwyczajnie było mi ciężko zmienić pozycje bez pobudki. A do tego spałam z poduszką między kolanami, bo było tak wygodniej więc i nie mogłam zapomnieć o niej. A poniżej zdjęcie wykonane około 2 tygodnie przed porodem.
Tego dnia kiedy robiłam zdjęcie byłam także u położnej, kiedy moje ciśnienie skoczyło bardzo w górę. Przez cała ciąże miałam ciśnienie prawidłowe, na samym początku bardzo niskie ale to jest normalne. Położna mnie trochę nastraszyła że urodzić mogę lada moment a się okazało że minęło jeszcze trochę czasu.
Przy okazji dopiszę, że w Holandii jak wiadomo rowery są wszędzie. Również kobieta w zaawansowanej ciąży na rowerze to normalne zjawisko. Mnie to bardzo dziwiło i się zastanawiałam jak te kobiety się nie boją. A jak się okazało, ja rowerem jeździłam do samego końca. Nawet 2 dni przed porodem wybrałam się rowerem do sklepu. Zwyczajnie było mi najwygodniej. Jak szłam spacerkiem, było mi ciężko, męczyłam się szybko a na rowerze tak źle nie było. Po porodzie znów długo zwlekałam żeby siąść znów na rower, prawie 8 tygodni.
Podsumowując chciałabym napisać że ja nie rozumiem nad czym są te ochy i achy nad kobietą w ciąży. Ja miałam dość łagodny przebieg ciąży, właściwie żadnych problemów ze zdrowiem. Przez całą ciąże byłam zdrowa, jedynie w 8mym miesiącu się przeziębiłam. Męczyłam się bardzo, ale najbardziej bałam się kaszlu bo miałam wrażenie że zaraz urodze przy każdym kaszlnięciu. Ale nie czułam się jakoś super wspaniale, a bywały dni że poprostu było mi bardzo smutno. Ciężko było ubrać się, a i z ubraniami różnie bo wszystko było nagle przyciasnawe. Na szczęście nie musiałam chodzić w grubej kurtce, jakos wytrwałam w jesiennych kurteczkach których później już nie zapinałam. Ale nie czułam się jakoś specjalnie wyjątkowo w ciąży i też nikt mnie tak nie traktował. Kiedy mój brzuch był już naprawdę bardzo widoczny, wtedy czasem ktoś się do mnie uśmiechnął na ulicy czy w sklepie. Ale cały czas tez towarzyszył mi strach, czy aby napewno wszystko dobrze z maleństwem, wkońcu tak mało wykonywano tutaj badań. Teraz, kiedy już minęło trochę czasu i wkońcu wracam do formy cieszy mnie to że mogę szybciej iść, biec, nie zasapiąc się przy tym jak po maratonie. No i brak ciężaru na brzuchu jest ogromną ulga, teraz głównie cierpią moje ręcę ;)
wtorek, 10 marca 2015
Lakier OPI Frog in my throat
Tak nieco o czymś innym dzisiaj.Paznokcie bardzo lubię malować ale jak każdy wie trochę pracy z tym jest, najgorsze jest czekanie aż wyschnie lakier. Mam też to szczęście że każdy lakier utrzymuję się prawie tydzień na moich paznokciach, pomimo że sprzątam,myję naczynia itp.Dużo zależy od jakości lakieru oraz czy użyje top coatu lub nie.
Kilka dni temu w sklepie Big Bazar dorwałam lakiery OPI,głównie mają tam wersje Nicole dla OPI.Mi udało się wynaleźć wersje standardową w kolorze o zabawnej nazwie Żaba w gardle.Koszt wynosił 5 euro więc nie tak źle, standardowa cena tych lakierów to ponad 10 euro.
Lakier ma bardzo ciekawy kolor, który mieni się na różne kolory. Jest złoto-oliwkowy a czasami wpada w lekki niebieski lub zielony odcień. Ja nałożyłam dwie warstwy. Mogę napisać że od nałożenia lakieru minęło prawie 6dni i lakier wygląda dokładnie tak samo jak na zdjęciu bez użycia top coatu :)Minimalnie końcówki paznokci są nieco starte ale żadnych odprysków nie widać.
Na palcu serdecznym nałożyłam dodatkowo lakier pękający również z tej samej firmy o kolorze srebrnym. Jednak kolor powinien być bardziej kontrastowy przy takich lakierach i może pokaże w innym wydaniu jak się prezentuje.
Póki co mogę powiedzieć że lakier jest wart swojej ceny :) Może 12 euro bym za niego nie zapłaciła ale 5 euro to już jest cena do przebolenia, tym bardziej że jakość jest naprawdę dobra. Ładnie się też maluje pędzelkiem i jak czasami wyjadę trochę na skórki to przy tym lakierze nie miałam takiego problemu. Może to zwykły przypadek.
Przy okazji mogę dodać że mojemu maleństwu bardzo podoba się jak mam pomalowane paznokcie. Z ogromnym zaciekawieniem przygląda się paznokciom i poruszającym się palcom :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





